.
.
Z dzieciństwa najlepiej zapamiętałem Wigilie u swoich dziadków, na których zbierała się cała rodzina. Wielką choinkę przyozdobioną nieco staromodnymi ozdobami, chowane na szafie prezenty i smaki, których nie odnalazłem już nigdy później.
W ich domu nie jadało się tradycyjnych dwunastu potraw. Było ich mniej, jednakże takie, że pamiętam je do dziś. Wieczerzę rozpoczynaliśmy od barszczu z uszkami. Barszcz, zrobiony z czystego buraczanego soku, przypominał bardziej krew, niż dzisiejszą wodnistą zupę. Esencjonalny, o głębokim, wyważonym smaku. Do niego uszka nadziewane grzybami. Nie pieczarkami, czy inną "hubą", jaką raczą nas dziś markety, ale prawdziwymi grzybami - zazwyczaj borowikami. Nieduże uszka o cienkim, delikatnym cieście i zniewalający w smaku barszcz, same w sobie mogłyby stanowić treść Wigilii. Jednak kulinarny popis dopiero się zaczynał.
Kolejnym rarytasem był karp. Smażony w złotej panierce i na koniec kilkanaście minut zapiekany ze świeżym masłem pod pokrywką w piekarniku. Takiego karpia nie jadłem już nigdy więcej, mimo, że jako wędkarz ryb jadam sporo. Towarzyszyła mu kapusta z grzybami. Po nim serwowano grzyby w cieście. Moczone wcześniej przez noc, były miękkie, aromatyczne i soczyste. Do picia lemoniada robiona z prawdziwych cytryn, podawana w kryształowym dzbanku.
Nie sposób zapomnieć karpia w galarecie. Galareta była przygotowywana z rybich łbów, a nie żelatyny, co dawało jej niesamowity, pełny smak. Z krążkami marchewki, podany w wielkiej, przedwojennej salaterce, prezentował się imponująco. Równie pyszne były towarzyszące mu ryby faszerowane, zazwyczaj karp lub szczupak. Pokrojone w cienkie plastry, obłożone naturalną galaretką, miały niezrównany smak. Dziś zjadłbym je z podawanym do nich ostrym, ręcznie tartym chrzanem, ale jako dziecko stroniłem od tego kręcącego w nosie dodatku.
Z deserów najlepiej zapamiętałem kluski z makiem i faworki. Ręcznie robiony, domowy makaron, z dodatkiem słodkiego maku z bakaliami, znakomicie wpasowywał się w mój ówczesny, dziecięcy smak. Faworki natomiast były istnym mistrzostwem świata. Duże, cieniuteńkie i tak delikatne, że podniesienie ich do ust, by nie pękły, graniczyło z cudem. Wszyscy byli więc obsypani cukrem-pudrem, ale nikomu to nie przeszkadzało.
Dziś nie ma już domu moich dziadków. Nie ma ludzi, z którymi łamaliśmy się opłatkiem. Karpia zastąpiła sola lub panga. Kupujemy gotowe uszka i gotowe ciasta. Wiem, że Święty Mikołaj nie istnieje i nie daje prezentów, gdy wzejdzie pierwsza gwiazdka. Jednak mimo upływającego czasu, wciąż mam w pamięci rodzinę zebraną przy wielkim stole, kuchenne zapachy i oczekiwanie na najpiękniejsze święta w roku.
.
Z dzieciństwa najlepiej zapamiętałem Wigilie u swoich dziadków, na których zbierała się cała rodzina. Wielką choinkę przyozdobioną nieco staromodnymi ozdobami, chowane na szafie prezenty i smaki, których nie odnalazłem już nigdy później.
W ich domu nie jadało się tradycyjnych dwunastu potraw. Było ich mniej, jednakże takie, że pamiętam je do dziś. Wieczerzę rozpoczynaliśmy od barszczu z uszkami. Barszcz, zrobiony z czystego buraczanego soku, przypominał bardziej krew, niż dzisiejszą wodnistą zupę. Esencjonalny, o głębokim, wyważonym smaku. Do niego uszka nadziewane grzybami. Nie pieczarkami, czy inną "hubą", jaką raczą nas dziś markety, ale prawdziwymi grzybami - zazwyczaj borowikami. Nieduże uszka o cienkim, delikatnym cieście i zniewalający w smaku barszcz, same w sobie mogłyby stanowić treść Wigilii. Jednak kulinarny popis dopiero się zaczynał.
Kolejnym rarytasem był karp. Smażony w złotej panierce i na koniec kilkanaście minut zapiekany ze świeżym masłem pod pokrywką w piekarniku. Takiego karpia nie jadłem już nigdy więcej, mimo, że jako wędkarz ryb jadam sporo. Towarzyszyła mu kapusta z grzybami. Po nim serwowano grzyby w cieście. Moczone wcześniej przez noc, były miękkie, aromatyczne i soczyste. Do picia lemoniada robiona z prawdziwych cytryn, podawana w kryształowym dzbanku.
Nie sposób zapomnieć karpia w galarecie. Galareta była przygotowywana z rybich łbów, a nie żelatyny, co dawało jej niesamowity, pełny smak. Z krążkami marchewki, podany w wielkiej, przedwojennej salaterce, prezentował się imponująco. Równie pyszne były towarzyszące mu ryby faszerowane, zazwyczaj karp lub szczupak. Pokrojone w cienkie plastry, obłożone naturalną galaretką, miały niezrównany smak. Dziś zjadłbym je z podawanym do nich ostrym, ręcznie tartym chrzanem, ale jako dziecko stroniłem od tego kręcącego w nosie dodatku.
Z deserów najlepiej zapamiętałem kluski z makiem i faworki. Ręcznie robiony, domowy makaron, z dodatkiem słodkiego maku z bakaliami, znakomicie wpasowywał się w mój ówczesny, dziecięcy smak. Faworki natomiast były istnym mistrzostwem świata. Duże, cieniuteńkie i tak delikatne, że podniesienie ich do ust, by nie pękły, graniczyło z cudem. Wszyscy byli więc obsypani cukrem-pudrem, ale nikomu to nie przeszkadzało.
Dziś nie ma już domu moich dziadków. Nie ma ludzi, z którymi łamaliśmy się opłatkiem. Karpia zastąpiła sola lub panga. Kupujemy gotowe uszka i gotowe ciasta. Wiem, że Święty Mikołaj nie istnieje i nie daje prezentów, gdy wzejdzie pierwsza gwiazdka. Jednak mimo upływającego czasu, wciąż mam w pamięci rodzinę zebraną przy wielkim stole, kuchenne zapachy i oczekiwanie na najpiękniejsze święta w roku.
.jpg)